Rodzina z bloku przy Sonaty – „Ostatnia rodzina” reż. Jan P. Matuszyński

beksinscy

„Nie czekam na książki. Owszem, mam swoich ulubionych pisarzy i serie literackie. Ale nigdy nie jest tak, że nie mogę się doczekać na ich kolejny opus albo następną część cyklu.” – tak zaczynała się tutaj notka o książce Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny”. Podobnie mógłbym zacząć notkę o filmie „Ostatnia rodzina” . Dlaczego? Odpowiedź jest w tym wpisie. Mówiąc krótko – jestem z Sanoka, a Beksińscy to część sanockiego DNA.

To, że w tytule filmu nie pojawia się nazwisko Beksińskich nie jest przypadkiem. Bo „Ostatnia rodzina” to nie biografia. Gdyby koniecznie szukać dla obrazu Matuszyńskiego jakiejś gatunkowej szufladki, to pewnie „dramat psychologiczny oparty na wątkach z życia” byłby najbardziej odpowiedni.

Twórcy filmu nie interesują się sztuką, tym co inspiruje Zdzisława. Właściwie nie pokazują, jak tworzy. Ponure wizje artysty z ulicy Sonaty to tylko element scenografii. Podobnie jest z Tomkiem.  Nie dowiemy się, na czym polegał fenomen jego audycji w Trójce. Nieczęsto zdarza się, że jakiemuś radiowemu programowi dodaje się przymiotnik „kultowy”. A w przypadku audycji Tomka tak było: tworzył – wiem, że tego przymiotnika nadużywa się ostatnio, ale to nie ten przypadek – kultowe audycje. Z filmu nie dowiemy się, jakie było źródło tej kultowości. Podobnie z jego pracą translatorską – stworzył kongenialne przekłady Bondów i Monthy Pythona, ale film nie pokazuje, jak powstawały te przekłady.

Nie o to tu chodzi. „Ostania rodzina” to portret relacji, nie ludzi. Oczywiście – dzieje Beksińskich, świetnie nadają się na materiał psychologicznego studium. Ale to wciąż tylko figura. Trochę, jak inscenizowany reportaż, ukazujący jakąś uniwersalną prawdę.

Tyle, że reportaże tak nie kipią emocjami. W filmie mamy ich prawdziwą eksplozję: matczyna miłość Zofii, życiowe zagubienie Tomka i jego wieczny, totalny spleen, posunięty do granic dystans Zdzisława, zawiedzione miłości, odchodzenie na drugą stronę. A wszystko to podlane sosem dojmującej codzienności: brudną szmatą do podłogi, remontem łazienki, myciem nóg umierającej matki, przyciasną kuchnią, jedzeniem ze styropianu i gastrycznymi problemami pana Zdzisława.

„Ostatnia rodzina” to – trzeba jasno powiedzieć – filmowa robota na najwyższym poziomie. Odtworzone w detalach mieszkanie przy Sonaty (konsultantem ds. scenografii był Wiesław Banach, przyjaciel rodziny, dyrektor Muzeum Historycznego w Sanoku, któremu Zdzisław Beksiński zapisał w testamencie swoje obrazy), świetne zdjęcia i oczywiście aktorska gra. Dawid Ogrodnik niemal nie do odróżnienia upodobnił się do Tomka Beksińskiego, pomogło tu zapewne jakieś fizyczne podobieństwo. Tego atutu nie miał Andrzej Seweryn, który ani trochę nie jest podobny do granego przez siebie bohatera. A jednak – jeszcze raz udowodnił, że jest jednym z najlepszych polskich aktorów. Odtwórca roli Zdzisława po prostu się nim stał: głos, ruchy, intonacja nie do odróżnienia. Świetna też była Aleksandra Konieczna w roli Zofii Beksińskiej.

Co mogę dodać na koniec?

Jeśli podobała Wam się „Ostatnia rodzina”, a planujecie jakiś wypad na weekend, odwiedźcie Sanok – matecznik tego rodu (bo Beksińscy w Sanoku to właśnie „ród”- zakorzeniony w mieście od II poł. XIX w., mający wielki wkład w rozwój miasta). Poczujecie klimat, w którym rodziła się wrażliwość Tomka i talent Zdzisława (wbrew pozorom nie zmienił się on zbytnio od lat sześćdziesiątych) i zobaczycie największą kolekcję prac tego ostatniego.

Podziel się na:
  • Digg
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Bebo
  • Blip
  • Blogger.com
  • Flaker
  • Gadu-Gadu Live
  • Gwar
  • LinkedIn
  • Twitter
  • Śledzik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *