Co u Szymka, czyli Marysiu, do zobaczenia

163251

1

Kim dla niej byłem? Nikim. Smarkaczem, który przemazał się przez jej życie.

 

2.

Przez bodaj dwa lata pracowaliśmy razem w redakcji programu satyrycznego dla znanego płatnego kanału telewizyjnego. Paka była niezła: Artur Andrus i Marysia Czubaszek. I ja – jak Boga kocham nie wiadomo skąd. Ok, wiadomo, ale o tym innym razem. Z Marysią byliśmy w podobnej sytuacji – oboje straciliśmy robotę i pojawił się ten projekt.

 

3.

Skracała dystans. Po dobie znajomości byliśmy na „ty”. Po dwóch opowiedziała mi o swoich aborcjach, próbach samobójczych i alkoholizmie swojego męża (nie zdradzam tu żadnych sekretów, można o tym wszystkim przeczytać w „Każdy szczyt ma swój Czubaszek„). To nie było tak, jak niektórzy jej zarzucali, że ona o tym mówiła, żeby szokować czy prowokować. Ona po prostu taka była. Lubiła rozmawiać z ludźmi i nie stanowiło dla niej specjalnego problemu świeżo poznanej osobie powiedzieć: „Miałam aborcję”. A że akurat był to dziennikarz popularnej stacji telewizyjnej…

 

4.

W pożegnalnym „Szkle kontaktowym” poświęconym Marysi, któryś z komentatorów powiedział, że Marysia kochała ludzi. To nieprawda. Była jedna grupa, którą gardziła i budziła w niej odrazę – faceci w trykotach.

 

5.

Jestem prawdopodobnie jedyną osobą na świecie, której Maria Czubaszek pomogła rzucić palenie. Z uczciwości dodam – nieświadomie.

Rozstanie z fajkami planowałem od miesięcy. To był czas kiedy kręciliśmy nasz program. Nagrania (próba, rejestracja, druga rejestracja) odbywały się w lokalu, który dziś jest znanym klubem go – go niedaleko ronda z palmą. Siedzieliśmy tam od czternastej do późnej nocy. W zasadzie jako członkowie redakcji nie mieliśmy zbyt wiele roboty, ale wg. umowy z producentem, musieliśmy być na miejscu. Cóż można było robić? Gadaliśmy i wypalaliśmy horrendalne liczby fajek. Przed dniem, kiedy zaplanowałem sobie, że to będzie „ten dzień” mieliśmy nagrania. Wypaliliśmy razem horrendalną liczbę fajek razy trzy. Ja słaniałem się na nogach i nabrałem wstrętu do nikotyny na resztę życia. Marysia wyglądała – miałem wrażenie – jak ktoś, kto osiągnął właśnie PEŁNIĘ.

 

6.

Marysia miała być chłopcem. Szymonem. Sentyment do imienia chyba jednak pozostał, bo miałem wrażenie, że się ucieszyła, że mój syn to właśnie Szymon (w życiu na oczy go nie widziała). Jak inaczej wytłumaczyć, jej obowiązkowe przy każdym spotkaniu pytanie: „Co u Szymona?”

Nasze drogi się rozeszły. Kontakt się urwał. Na lata.

Ostatni raz widziałem ją na targach książki w Warszawie w 2014. Poprosiłem o dedykację na książce „Boks na Ptaku”. Napisała parę miłych słów, a potem spytała: „Co u Szymka?”

 

Podziel się na:
  • Digg
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Bebo
  • Blip
  • Blogger.com
  • Flaker
  • Gadu-Gadu Live
  • Gwar
  • LinkedIn
  • Twitter
  • Śledzik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *