Konserwa w świecie technologii – Janusz Głowacki „Sonia, która za dużo chciała” [audiobook; czyta Andrzej Zieliński]

DSC_0609

Cyfrowa rewolucja nie ominęła mnie, papierowej konserwy. Pisałem tu już o wyższości papieru nad e-papierem, i książki nad ebookiem. Dziś czas na audiobooki. Tu sytuacja jest nieco inna.

I

Banałem jest stwierdzenie, że gadżety zmieniają nasze przyzwyczajenia w – przepraszam za wyrażenie – sposobie konsumpcji treści. Przykład?  Kiedy samochody zostały wyposażone w odtwarzacze CD – ulubionej książki mogliśmy posłuchać stojąc w korku. Kilka lat wcześniej było to niemożliwe.

II

Kiedy otworzyłem prezent myślałem, że to słuchawki (“Ale po jakiego grzyba mieliby dawać mi słuchawki?”). Myliłem się. Małe urządzonko faktycznie było do słuchawek podobne, ale w istocie był to przenośny odtwarzacz MP3. Wymyślony z myślą o biegaczach, których w czasie treningu irytują dyndające kabelki od klasycznych empetrójek.

Choć biegam regularnie, nigdy nie słuchałem muzyki. Trening (choć może moim przypadku to zbyt szumne słowo) był dla mnie raczej okazją do przewietrzenia głowy. Muzyka mi w tym przeszkadzała.

I wtedy przypomniałem sobie o audiobooku, który kiedyś dobrzy ludzie ze Świata Książki mi sprezentowali. Przerzuciłem pliki do gadżecika i zacząłem biegać z Głowackim na uszach.

Po kwadransie wiedziałem, że nie będzie to ostatni audiobook, jakiego wysłucham. Dzięki technologii wróciłem do najstarszej formy narracji – przekazu ustnego.

III

Dość często spotykałem się z opinią, że autor nie powinien czytać płodów swojego talentu. Otóż muszę zaprotestować przeciwko temu twierdzeniu, choć też częściowo się z nim zgodzić. Zgoda co do tego, że ludzie pióra czytają nieporadnie, mają złą dykcję (czasem wręcz wadę wymowy), źle rozkładają akcenty we frazie etc. Sęk w tym, że dla mnie taka “zabrudzona” lektura ma więcej uroku niż ta dopracowana i wyreżyserowana przez aktora.

Wydawca “Soni…” proponuje w tej kwestii czytelnikowi (słuchaczowi?) kompromisowe rozwiązanie. Pierwsze dwa opowiadania czyta (moim zdaniem świetnie) sam Janusz Głowacki. Pozostałe dwanaście – Andrzej Zieliński i robi to też znakomicie.

Jednak w jednym opowiadaniu aktor poległ. Choć nie ze swojej winy.

Opowiadanie “Nowy taniec la-ba-da” to wielogłos narracji i kilka wątków. Jeden aktor nie jest w stanie przeczytać tego tekstu tak, by nie powodować konfuzji u czytelnika (“kto teraz mówi”?). To jedyne do czego się mogę przyczepić.

IV

Nie sposób nie zadać pytania jak próbę czasu przeszły opowiadania Janusza Głowackiego zamieszczone w “Soni…”, a warto pamiętać, że część z nich powstała jeszcze w latach siedemdziesiątych XX w, czyli prawie pół wieku temu.

Wyobrażam sobie, że jeśli na przykład “Nowy taniec la – ba –  da” czyta dwudziestolatek może nie rozumieć całego tego peerelowskiego anturażu. Ale anturaż to anturaż i nie jest on w tych tekstach najważniejszy. Głowacki nie pisał o Peerleu. Pisał o ludziach. O ich namiętnościach, lękach, obsesjach, prostactwie i małości. A te są uniwersalne, niezależnie od ustroju, epoki, systemu. Dlatego te teksty są aktualne teraz.

I będą aktualne za kolejne pięćdziesiąt lat.

Choć nie ukrywam, że mnie z tego zbioru najbardziej podobało się opowiadanie najmłodsze, czyli tytułowa “Sonia, która za dużo chciała”.

PS

Możecie polecić jakieś audiobooki?

Podziel się na:
  • Digg
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Bebo
  • Blip
  • Blogger.com
  • Flaker
  • Gadu-Gadu Live
  • Gwar
  • LinkedIn
  • Twitter
  • Śledzik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *