Człowiek ery analogowej

DSC_0455Wiem to na pewno. Jestem człowiekiem ery analogowej. Książki na czytnikach i tabletach, e- papier, e-wydania i e-booki nie są dla mnie.

 

Nie popadam w tym swoim tradycjonalizmie w jakąś przesadę. To nie jest tak, że mdli mnie na widok Kindla, a kiedy biorę do ręki iPada, myślę sobie “fuj”. Przeciwnie. Uważam, że oba urządzenia są na swój sposób piękne. Powiem więcej, z racji branży, w której pracuję, zdarza mi się czytać teksty (jeszcze przed ich wydaniem) na smartfonie. To bywa nawet wygodniejsze niż czytanie wydruków. Tym bardziej jednak twierdzę z całą stanowczością: cała kultura e-czytelnictwa nie jest dla mnie. (wyłączając audiobooki, to trochę inna bajka, ale ten wątek wkrótce rozwinę).

Dlaczego?

 

Na pewno nie z powodu tzw. zapachu książki. Nie wiem szczerze mówiąc skąd wziął się ten argument mający dowodzić wyższości papieru nad plikiem. Umówmy się – książka nie pachnie jakoś specjalnie ładnie. A stara już szczególnie. Wprawdzie daleki jestem od stwierdzenia bohaterów “Supersmutnej i prawdziwej historii miłosnej” Gary’ego Shteyngarta, że książki śmierdzą. Jednak “zapach książki” to dla mnie za mało, żeby pozostać przy papierze.

 

Oczywiście ważne są walory estetyczne – okładka, faktura papieru, grubość stronic, krój czcionki, wcięcia akapitów, interlinia. Mam świadomość, że książka może być dziełem sztuki. Ale i to nie przesądza ostatecznie, o tym że ja do e-wydań się nie przekonam.

Zatem dlaczego?

Odpowiem nie-wprost.

 

Książka, którą widzicie na zdjęciu powyżej, została wydana w 1956 roku. Do dziś pamiętam tę niedzielę, kiedy kupiłem ją na pchlim targu na krakowskim Kazimierzu w połowie lat 90. ubiegłego wieku. Pamiętam jaka była wtedy pogoda. Jak pachniało powietrze. Pamiętam, że się wahałem, czy ją kupić, bo z kasą było krucho.

Staruszka, która mi ją sprzedawała stała trochę na uboczu Placu Nowego. Oprócz Conrada miała jeszcze dwie inne książki. Stała obok płotu oklejonego plakatami, które już ktoś zdążył pozrywać. Na głowie miała chustkę.

Za każdym razem, kiedy biorę do ręki “Młodość i inne opowiadania” przypominam sobie pokój na Parkowej, w którym na półce przez lata stał ten zbiór, ludzi z którymi wtedy mieszkałem, biurko, które czasem służyło za miejsce pracy, czasem za kuchenny blat, czasem za barmańską ladę.

I tak jest ze wszystkimi moimi książkami.

Każda z nich to nie tylko zbiór słów, fabuł, emocji, które zawiera w sobie. Ale też miejsce i czas w którym ją czytałem. To przypomnienie zapachów, światła, dźwięków. Ale przede wszystkim – ludzi. Tych, którym egzemplarz pożyczałem, z którymi o książce rozmawiałem, którym ją polecałem, albo odradzałem.

 

Czy przy okazji otwierania jakiegokolwiek pliku, na nie wiem jak wymyślnym i zaawansowanym czytniku towarzyszy Wam coś podobnego?

Podziel się na:
  • Digg
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Bebo
  • Blip
  • Blogger.com
  • Flaker
  • Gadu-Gadu Live
  • Gwar
  • LinkedIn
  • Twitter
  • Śledzik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *