Byle do wiosny – Bernard Minier „Bielszy odcień śmierci”

I

Przypomniałem sobie o tej książce z dwóch powodów.
Pierwszy: sobotni, pierwszy tej jesieni śnieg.
Drugi: zmiana czasu i na dobre rozpoczęty sezon tzw. długich jesiennych wieczorów.
A książka, o której mowa na owe wieczory nadaje się znakomicie.

 

II

Każdy, kto lubi literaturę trzymającą w napięciu, autora gmatwającego fabułę, mylącego tropy i bohaterów nie z celofanu, czytając “Bielszy odcień śmierci” na pewno się nie rozczaruje. Oczywiście nie jest to literatura przez największe „L”. Nie zrozumiemy dzięki tej książce niuansów naszej tutaj egzystencji, nie dowiemy się skąd tyle w człowieku sprzeczności i czy Bóg istnieje.

 

III

Jasne,  można się czepiać, że pełno tu kalek, powtórzeń, zapożyczeń. No bo przecież w literaturze spotkaliśmy już legiony wypalonych i zmęczonych detektywów z popapranym życiem osobistym. W czytanych kryminałach przeszliśmy przez setki śledztw, których tajemnica kryła się w mrokach przeszłości. A ileż to razy pisarze prowadzili nas na oddziały psychiatryczne, na których przebywali najniebezpieczniejsi, najbardziej okrutni i najbardziej nieprzewidywalni wariaci świata?
Ale Minier miesza te (i inne) ograne wątki tak, że wrażenie déjà vu nie męczy, nie irytuje, a czytelnik z łatwością daje się znów nabrać na stare chwyty. Cóż, ponoć najbardziej lubimy te piosenki, które bardzo dobrze znamy. Ta reguła pewno w jakimś stopniu dotyczy też książek.

 

IV

Francuz (“Bielszy odcień śmierci” to powieściowy debiut Miniera) daje nam gwarancję kilku godzin dobrej, nieobrażającej inteligencji czytelnika lektury. Lektury takiej, że po każdej stronie chce się wiedzieć, co będzie dalej i jak to się wszystko do cholery skończy. Lektury, która w te nieznośne długie jesienne wieczory pozwoli zapomnieć o zimnie, mroku, i wietrze za oknem.

 

V

Na koniec małe wyjaśnienie ikony tego wpisu. Niestety, z racji swojej roboty większość książek, które poznaję z powodów, że się tak wyrażę zawodowych (a tak, dzięki pracy trafiłem na  “Bielszy odcień śmierci”) wygląda właśnie tak: plik w .pdf albo innym .doc czy .docx. Czytam to na laptopie, a ostatnio na smartfonie. Żadnego szelestu stron,  zapachu papieru, faktury okładki. Nic. A później, jak już widzę książkę w księgarni to myślę: “nie kupuję, przecież to czytałem”. Choć czasami są wyjątki, ale o tym innym razem.

 

Vi

No ale choć książki poznajemy od – powiedzmy – mało romantycznej i bezdusznej strony komputerowych plików, potrafimy zrobić taki piękny zwiastun;)

Podziel się na:
  • Digg
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Bebo
  • Blip
  • Blogger.com
  • Flaker
  • Gadu-Gadu Live
  • Gwar
  • LinkedIn
  • Twitter
  • Śledzik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *