Małżeńskie porno – Annabelle Gurwitch , Jeff Kahn „Mówisz: pomidor, a ja na to: zamknij się!”

I

Książka odpowiednia w czas letniej kanikuły? Moim zdaniem na wakacje dobra jest każda książka, która jest dobra. Na sanockim kąpielisku zdarzało mi się zagłębiać w lekturę „Gry szklanych paciorków” Hessego. W myśliwskim domu w Wisłoku Wielkim walczyłem z „Homo ludens” Huizingi. Pamiętam też jedno lato z „Depresją” Kępińskiego.

 

II

Ale dziś wpis o „książce na wakacje” rozumianej bardziej ortodoksyjnie. Czyli o lekturze interesującej, ale nie nazbyt absorbującej, tak by spokojnie i bez zbędnej „rozbiegówki” można było wrócić do czytania po wyjściu z wody, czy zakończeniu meczu beach soccera albo innej siatkówki. Dobrze jak „książka na wakacje” jest śmieszna. No i niezbyt skomplikowana – żeby można było nadążyć za akcją po trzecim drinku. Ale „książka na wakacje” musi też moim zdaniem spełniać inny warunek – nie może obrażać intelektu czytelnika.

 

III

Pomysł był niezły. Oto dwoje amerykańskich celebrytów, lub jak kto woli – ludzi telewizji (nie takich topowych, raczej ze średniej półki) dostaje zamówienie na książkę o swoim małżeństwie. Mają swój związek opisać krok po kroku – od momentu zakochania się, zalotów, pierwszej wizyty u rodziców partnerki/partnera, narodziny dziecka po szarą małżeńską współczesność. Te same wydarzenia, ale z widziane z perspektywy jej i jego. Ma być śmiesznie (są na to szanse – on jest scenarzystą programów satyrycznych i sitcomów), ale też trochę “mądrze” i może nawet edukacyjnie, żeby niby czytelnik uczył się na cudzych błędach.

 

IV

Mój podstawowy zarzut do „Mówisz: pomidor, a ja na to: zamknij się!” to to, że ta książka jednak nie jest śmieszna. Autorzy bardzo się starają, żeby było wesoło. Aż za bardzo moim zdaniem. I tu chyba jest problem. Państwo autorstwo schodzą  czasami rejony humoru głęboko koszarowego.

Najlepszy przykład to opowieść o tym, jak to w czasie ich pierwszej nocy on odwiedzał pokój piętro niżej, by w tymże „puszczać w kanapę setki bąków” (s. 34). No naprawdę bąki, przepraszam boki zrywać.
Z drugiej strony muszę przyznać, że znam osoby które przy lekturze „Mówisz: pomidor…” śmiały się do rozpuku. Więc może to ze mną jest coś nie teges?
Zresztą umówmy się – poczucie humoru to rzecz względna i skrajnie subiektywna.

 

V

Drugi element, który mnie drażnił przy lekturze „Mówisz pomidor…” to przekroczenie granicy pewnej otwartości w mówieniu o związku. Książka jest tak napisana, że ma się wrażenie jakby się parę autorów podglądało przez ukryte kamery. Nie ma tu miejsca na niedopowiedzenie, tajemnicę, przenośnię. Krótko mówiąc – to rodzaj małżeńskiego porno. Bez celu i bez sensu. No bo co mnie obchodzi fakt, że Annabelle zanim poznała Jeffa lubiała siadać innym facetom na twarzy? Albo, że jedna z koleżanek autora w młodości lubiła 69?

 

VI

Oczywiście jest w „Mówisz pomidor…” kilka momentów niezłych. Zaliczam do nich cały rozdział poświęcony rozwojowi sportowemu syna państwa autorów, opis pierwszej  wizyty Jeffa u rodziców Annabelle i historię o tym, jak ona uciszyła (słowo “spacyfikowała” byłoby w tym miejscu bardziej odpowiednie) imprezę nastolatków w domu sąsiadów. Gdyby cała książka była taka jak te fragmenty…

Wnioski? Nie brać „Mówisz pomidor….” na urlop? Skądże! Brać!

Ale na własną odpowiedzialność.

Podziel się na:
  • Digg
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Bebo
  • Blip
  • Blogger.com
  • Flaker
  • Gadu-Gadu Live
  • Gwar
  • LinkedIn
  • Twitter
  • Śledzik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *