Ciężki cień ojczyzny – Andrzej Stasiuk „Dziennik pisany później”

I

Ktoś może powiedzieć, że Stasiuk trochę się powtarza. I coś w tym pewnie będzie. Bo w „Dzienniku pisanym później” odnajdujemy ten wycinek rzeczywistości, który już widzieliśmy w „Jadąc do Babadag” czy w „Taksim”. Kraje, o których – o ile akurat nie toczy się tam jakaś wojna – wspomina się raczej rzadko: Albania, Bośnia, Serbia.

Nieuczęszczane drogi. Kierowcy zdezelowanych ciężarówek odlewający się na ich koła. Zapluskwione hotele i jacyś miejscowi bonzowie siedzący w mercach czy beemkach, w rozchełstanych koszulach, ze złotymi łańcuchami na szyi.

Prawda – wszystko to i jeszcze więcej znajdziemy w „Dzienniku pisanym później”.

Problem w tym, że mi to nie przeszkadza. Powiem więcej – takiego Stasiuka lubię najbardziej i o całym tym naszym środkowoeuropejsko-postkomunistyczno i posttotalitarno-słowiańsko-muzułmańskim syfie mógłbym czytać bez przerwy.

 

II

Znów znajdujemy w „Dzienniku…” wątek podróży. Ale jest ona trochę jak podróż do conradowskiego jądra ciemności. I w zasadzie bardziej odbywa się ta wędrówka wewnątrz bohatera. „Potem wsiadam i odjeżdżam. Ale moje myśli powracają tam każdego dnia. Nie są to jednak wspomnienia. To, co mi się przypomina, po prostu należy do mojego życia. Chociaż wsiadam i odjeżdżam. Bo niby gdzie jest ta granica, która oddziela twoje życie od reszty? Koniec końców i tak wszędzie jesteś obcy. Przyjeżdżasz i odjeżdżasz” (s 122)

 

III

Lubię kiedy autorzy i wydawcy starają się trochę „otwierać” konwencję książki. Lubię kiedy do książek dodawane są płyty, które mają uzupełnić treść. Albo kiedy książka to wspólny projekt pisarza/poety i np. fotografa lub grafika. Przykładów na takie projekty wiele nie ma, a te które znam są udane albo bardzo udane.

 

IV

Do książki Stasiuka dołączone zostały fotografie Dariusza Pawelca. To portrety , jak dedukuję, mieszkańców odwiedzanych przez Stasiuka krajów. Napisałem „dedukuję”, bo zdjęcia nie mają podpisów (o ile za jeden, dość obszerny podpis nie brać treści książki). I w zasadzie nie są one potrzebne. Same fotografie są tak intensywne, że jakiekolwiek komentarze wydają się zbędne. No bo w sumie jakie to ma znaczenie, czy dane zdjęcie zrobiono w Albanii czy Rumunii, 100 km. bliżej lub dalej na południe albo północ. Ważne są twarze ludzi na tych zdjęciach: najczęściej radosne, nawet roześmiane, ale ta radość podszyta jest jakimś cierpieniem, traumą, nieszczęściem.

 

V

Ktoś się zastanawiał, po co Stasiuk jeździ w te brzydsze części naszego kontynentu? Odpowiedź znajdujemy w „Dzienniku…”: „Ciężki cień ojczyzny zostaje z tyłu. Potem można mu się przyglądać z oddali. To podstawa patriotyzmu: żeby można było wyjechać w każdej chwili i z oddali patrzeć na cień ojczyzny”.

No i co autor widzi ze wspomnianej oddali?

„Dlatego jeżdżę do Srebrenicy, żeby o tym wszystkim myśleć. O mojej ojczyźnie, która płacze za masakrą, ale już nie ma odwagi jak Bałkany i musi opłakiwać stare trupy. Wykopuje z grobów i wlecze przed oczy. Czeka na cokolwiek, by rwać włosy z głowy, by tłuc gliniane garnki, by się zanosić. Po tygodniu zostaje tylko skrobanie stearyny z trotuarów. I znowu Tunezja i czipsy. Postmodernizm i nekrofagia. Kult przodków w cyfrowej wersji i full HD.” (s. 138)

 

Nigdy nie przepadałem w literaturze za opisami tzw. doraźnej sytuacji społecznej. Ale ta diagnoza wydaje mi się dojmująco trafna. Niestety.

 

 

 

 

Podziel się na:
  • Digg
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Bebo
  • Blip
  • Blogger.com
  • Flaker
  • Gadu-Gadu Live
  • Gwar
  • LinkedIn
  • Twitter
  • Śledzik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *