Bez patosu, z polotem – Jacek Fedorowicz „JA, jako wykopalisko”

 

Dziś zamiast recenzji – wywiad. O książce „JA, jako wykopalisko” mailowo „porozmawiałem” z jej autorem: Jackiem Fedorowiczem.

Przed rozmową jeszcze tylko kilka zdań wstępu:

„JA jako wykopalisko” to rodzaj autobiografii. Jacek Fedorowicz zaczął ją pisać na początku lat siedemdziesiątych, dokładnie: rok przed moim urodzeniem;). Jednak w latach 70. książka się nie ukazała. Dlaczego? O tym w rozmowie.

Po prawie czterech dekadach autor wrócił do rękopisu, zaopatrzył w komentarze, urozmaicił całkiem sporą liczbą archiwalnych fotografii i szkiców i tak oto czytelnik dostał do ręki książkę, która opisuje jak Fedorowicz stawał się „tym” Fedorowiczem.

Przeciwko jednemu stwierdzeniu mojego rozmówcy muszę stanowczo zaprotestować: to wcale nie jest tak, że historie które opisał autor interesują tylko osoby wymienione z nazwiska w „JA, jako wykopalisko” i ich rodziny.

Książka Jacka Fedorowicza to nie tylko autobiografia pokazująca początki kariery znakomitego satyryka, felietonisty, aktora, rysownika, dziennikarza, karykaturzysty, redaktora, artysty. To też świadectwo czasu spisane dowcipnie i inteligentnie, bez patosu za to z polotem. A to w polskich książkach, umówmy się, zjawisko dość rzadkie. Dlatego warto po „JA, jako wykopalisko” sięgnąć.

 

BolekCzyta.pl: – „JA, jako wykopalisko” – skąd ten tytuł? Zestawienie Pana – człowieka pełnego energii, wciąż bardzo aktywnego zawodowo, biegacza – ze słowem „wykopalisko” wydaje się dość egzotyczne

Jacek Fedorowicz: – Z tą energią nie przesadzajmy, lata lecą, nie ma co ukrywać, mam 74 lata i one dają się odczuć. Wykopalisko jest słowem adekwatnym, bo łączy osobę leciwego – jako się rzekło – autora z niecodzienną historią wykopania tekstu z dna szafy. Rok temu odkryłem w szpargałach tekst, który miał być moją pierwszą książką w życiu, a nie został nią, bo za dużo tam było uwag o schyłku stalinizmu, niemile widzianych przez cenzurę. Uwagi musiały być zakamuflowane (pisałem to w roku 1972) ale i tak okazały się nie przyjęcia.

– Skąd decyzja o publikacji „znaleziska”? Ma to być świadectwo czasu? Rodzaj pamiętnika pisanego ex post?

– Odpowiedź na pierwsze pytanie jest prozaiczna: akurat wydawnictwo Świat Książki rok temu (a może półtora?) spytało czy nie zechciałbym powspominać. W formie pisanej. Czy świadectwo czasu? Nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby ktoś zechciał to tak potraktować. Pamiętnik ex post –  tu też ma Pan rację, z tym, że nie bardzo ex post, a tylko troszeczkę. Zaledwie kilkanaście lat później. Książka – jak Pan wie – w swej części „zasadniczej”(bo są jeszcze dopiski współczesne) to opowieść o moich pierwszych próbach „stania się kimś”. Batalia o dostanie się na studia (malarskie), tworzenie teatru („Bim-Bom”), zdobywanie pozycji na rynku rysowników satyrycznych, debiut w prasie w charakterze karykaturzysty, potem felietonisty, i tak dalej. Jednym słowem okres 1953 – 1960 opisywany w roku 1972. Czyli niedługo po. Ma to swój ogromny walor, przepraszam, że użyję wielkiego słowa: historyczny, bo tekst zawiera ogromną ilość detali, które pamiętałem doskonale w roku 1972, a których absolutnie nie pamiętałbym dzisiaj. Nie uwierzy Pan, ale przytoczone fragmenty rozmów z Bogumiłem Kobielą, Zbigniewem Cybulskim i innymi, są autentykami. Stenogramem nieledwie.     

– Kim, Pana zdaniem, jest czytelnik tej książki? Kogo ona zainteresuje?

– Obawiam się że głównie wymienieni z nazwiska bohaterowie książki i ich rodziny. Gdyby znalazło się jeszcze kilka osób, byłbym szczęśliwy.

– Jak długo powstawała książka? Pisało się ją lekko, czy były momenty kryzysu?

– Nie pamiętam! To było 40 lat temu. Mogę najwyżej podejrzewać, że lekko. W tamtych czasach, mimo że zbliżałem się do czterdziestki, miałem jeszcze w sobie dezynwolturę młodego człowieka, który uważa, że wszystko potrafi, wszystko mu się uda i co napisze, będzie świetne.   

– Czy pisząc tę książkę zmagał się Pan z nadmiarem materiału, czy z jego brakiem? Jeśli to pierwsze – jaki był klucz selekcji wydarzeń, postaci, anegdot?

– Tu pamiętam, że przede wszystkim starałem się jak najszybciej dobrnąć do 200 stron, bo na tyle mniej więcej opiewało zamówienie wydawnictwa „Nasza Księgarnia”. I opisywałem wszystko, co mi akurat „wpadło pod rękę”. Ale myślę, że to, co wpadało, było akurat dla opisu zdarzeń najważniejsze. To tak jakoś samo się robi. Skreśleń nie robiłem potem żadnych, ze względów technicznych (stara maszyna do pisania wymuszała pisanie od razu na czysto, do czego zresztą w tamtych czasach byłem przyzwyczajony.) No może był jeden klucz, choć nie wydaje mi się, by był najważniejszy, otóż niektóre przytoczone w książce krótkie zdarzonka przypominaliśmy sobie z Kobielą na spotkaniach z publicznością; odbywaliśmy takie w celach zarobkowych od czasu do czasu w okresie ogromnej popularności naszego programu telewizyjnego „Poznajmy się” (Honorarium za jedno godzinne spotkanie bywało niekiedy wyższe, niż za przygotowanie i udział w arcytrudnym telewizyjnym „show”). Te anegdotki, które zyskiwały aplauz widzów na spotkaniach, skrzętnie wstawiłem potem książki.

– A propos anegdot – w książce jest ich mnóstwo. Jak udało się je „ocalić od zapomnienia” przez tyle lat? Robił Pan notatki w młodości? Czy to zasługa dobrej pamięci?

– Chętnie przyjąłbym ten komplement tyczący pamięci, jednakowoż pamiętanie czegoś przez lat – zaledwie – kilkanaście, to nie taki znów wyczyn. Przypominam: druga połowa lat 50 opisywana na początku lat 70. Ponadto proszę sobie uświadomić, że opisywałem zdarzenia z gatunku „nie do zapomnienia”. Niech Pan sobie wyobrazi jakim przeżyciem dla młodego człowieka jest fakt, że oto gra główną rolę w spektaklu teatru, który poważni krytycy nie wahają się określić mianem najlepszego teatru w Polsce. Osiemnastolatek, który stoi na scenie i odbiera dziesięciominutową owację. Do dziś się dziwię, że mi to nie przewróciło w głowie. A przynajmniej nie bardzo. Albo wyjazd na Zachód na trzy miesiące. W roku 1958 to był szok.   

– Miał Pan jakieś sygnały o odbiorze Pana książki? Ktoś skontaktował się z Panem i podziękował za opisane tamtych czasów, albo np. powiedział, że wszystko było zupełnie inaczej…

– Miałem dwie bardzo dobre recenzje w prasie, obie sprawiły mi ogromną przyjemność. Bardzo dobrze o książce napisali: Andrzej Osęka („Tygodnik Powszechny”) i Tadeusz Nyczek („Przekrój”). Poza tym mam wciąż spotkania autorskie i słyszę nie raz jakieś dobre słowo. Polemiki zdarzają się, ale rzadko, bo tej mojej książce – ku rozpaczy ewentualnych adwersarzy – nie można wytknąć żadnych przekłamań. 

– Jak Pan myśli, gdyby „JA, jako wykopalisko” wziął na warsztat literaturoznawca jakich tradycji i gatunków literackich by się w Pana książce dopatrzył?

– Nie mam pojęcia. I właściwie nie chcę mieć. Od lat mam w sobie taki głęboko ukryty strach, że jak zbyt wiele i zbyt mądrze będę umiał powiedzieć o tym, co robię, to przestanę być artystą. (Jeżeli w ogóle nim jestem). Artysta powinien zdawać się na instynkt, a nie na wiedzę.  

– Po lekturze „JA, jako wykopalisko” powróciło do mnie pytanie „czym był PRL”? Z jednej strony – czas bardzo ponury, z drugiej – okres, w którym tworzył Pan wspólnie z genialnymi kolegami, Zbigniewem Cybulskim i Bogumiłem Kobielą legendarny Bim-Bom. Czym dla Pana jest PRL? Można jednoznacznie ocenić ten czas?

– Ponury był, owszem, a jednocześnie pełen pozytywnych zdarzeń związanych z twórczością i sukcesami. Jedno drugiego nie wyklucza. PRL zahamował w rozwoju i doprowadził na skraj przepaści gospodarczej średni kraj europejski. To fakt niezaprzeczalny. A że zdarzyło się przez te 40 lat wielu ludziom wiele fajnych rzeczy, to normalne i jak gdyby ponadustrojowe.

– Książka kończy się, gdy przeprowadza się Pan do Warszawy i zaczyna intensywną współpracę z telewizją. Dlaczego akurat w tym momencie stawia Pan w „JA, jako wykopalisko” ostatnią kropkę?

– Tu mi wypadło te 200 stron, a poza tym przeprowadzka do Warszawy (w jakimś sensie powrót, bo spędziłem w Warszawie dzieciństwo aż do Powstania, a i matura też tu mi się zdarzyła) była końcem, definitywnym niestety, okresu studenckiego. Bardzo w moim przypadku intensywnego i chyba determinującego ciąg dalszy życiorysu. Zrobiłem dyplom, jedyną propozycją pracy była funkcja ilustratora w powstającym właśnie tygodniku „ITD”, w Warszawie, miałem gdzie zamieszkać (tu mieszkali Rodzice wyrzuceni karnie z Wybrzeża jako wrogowie ludu w połowie lat 50.) więc pożegnałem (z żalem!) Trójmiasto.

– Będzie ciąg dalszy? Poznamy kulisy narodzin Kolegi Kierownika, Dziennika Telewizyjnego, Pana pasji biegowej, zaangażowania w opozycję?

– Tak! Ale w jednej książce tego chyba nie zmieszczę.

– Na koniec coś z zupełnie innej beczki. Ten wywiad będzie opublikowany na blogu. Jaki jest Pański stosunek do komputerów i internetu? Czy wciąż jest Pan wierny swojemu Continentalowi? Ma Pan profil na Facebooku, swoje ulubione serwisy internetowe, blogi?  

– Mój stosunek do wyż wym jest wybiórczy. Biorę z tego światka to, co mi pomaga, odrzucam to, co mi nie odpowiada i to odrzucam kategorycznie, nie zważając na wyłamywanie się z powszechnie stosowanych zwyczajów i narażając na zarzut nienadążania za nowoczesnością, charakterystycznego dla starców. Nie mam profilu na Facebooku, trzymam się z daleka od stron tzw „społecznościowych”, znajomych i przyjaciół znajduję, hoduję i uprawiam w inny sposób, obca jest mi wszelka chęć „czatowania”, nawet przez telefon z nikim nigdy nie „gawędzę”, tylko załatwiam sprawę, albo wymieniam ważne informacje. Ale komputera używam intensywnie, do pisania i do różnych innych celów. A nawet rozkoszuję się czasem jego możliwościami w dziedzinie ułatwiania mi życia. Na przykład: z racji zarabiania w charakterze artysty kabaretowego, prowadzę życie wędrowne. Dzięki urządzeniom, które mam ze sobą zawsze w plecaku (mały laptop z baterią na osiem godzin, lekki skaner i mobilny Internet) mogę napisać felieton w pociągu, wysłać, siedząc w garderobie i czekając na swoją kolejkę do występu mogę coś narysować, zeskanować, wysłać i robię tak prawie codziennie – to jest wspaniałe! A jeszcze jak sobie przypomnę czasy z „JA, jako wykopalisko” kiedy to rysunek (w oryginale) lub tekst (w maszynopisie) musiałem osobiście przynosić w zębach do redakcji, albo – gdy byłem w podróży – posyłać „listem dworcowym”… A jak chciałem do redakcji zatelefonować, to musiałem zamawiać rozmowę międzymiastową i czekać kilka godzin na połączenie… Wielokrotnie bez skutku zresztą. Postęp techniczny jaki dokonał się za mojego żywota jest naprawdę imponujący. To zresztą chcę opisać w najbliższej książce. Dzieci nie uwierzą, ale – od tego zacznie się książka – mój pierwszy program telewizyjny emitowany przez Telewizję Gdańsk dla – tak mniej więcej – trzydziestu, może czterdziestu odbiorców, musiał w pewnym momencie skorzystać z telekina – była konieczna wstawka filmowa, minutowy obrazek nakręcony na taśmie celuloidowej 8mm kamerką na sprężynę. Obrazek z taśmy poszedł z projektora na ścianę (szczęśliwie ściany w starym przedwojennym mieszkaniu zaadoptowanym na studio, były białe) i ze ściany zebrała obrazek kamera telewizyjna. Filmy fabularne nadawali w ten sam sposób. No to na razie może tyle. 

Podziel się na:
  • Digg
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Bebo
  • Blip
  • Blogger.com
  • Flaker
  • Gadu-Gadu Live
  • Gwar
  • LinkedIn
  • Twitter
  • Śledzik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *