Autoportret reportera – Jean Hatzfeld „Linia zanurzenia”

I

„Linia zanurzenia” niespecjalnie mi się podobała. Najprawdopodobniej, gdyby nie fakt, że dostałem ją w prezencie, nigdy bym po nią nie sięgnął.

Mimo to wiem, że raczej wcześniej niż później przeczytam „Strategię antylop”, inną książkę Hatzfelda.

Paradoks? Może i paradoks.

Na pewno szczera prawda.

 

II

Co mi się nie podobało? Z pewnością sam temat – oto widzimy Frederica, głównego bohatera, korespondenta wojennego borykającego się z czymś, co można określić uzależnieniem od wojny.

Sęk w tym, że dylemat: dlaczego korespondent wojenny nie może uwolnić się od wojny, jakoś nie spędza mi snu z powiek.

Może by się i tak działo, gdyby ów kluczowy wątek powieści został odpowiednio czytelnikowi podany. W „Linii zanurzenia” jednak tak się nie dzieje.

Przez prawie dwieście stron książki, zadawałem sobie pytanie: „co mnie to właściwie obchodzi, że on chce wracać na tę wojnę, choć tak właściwie tęskni za tzw. normalnym życiem”.

 

III

Gdy czytałem „Autoportret reportera” Kapuścińskiego, zdawałem sobie sprawę z całej złożoności tego, na czym polega relacjonowanie wojny. I jak bardzo zmienia to człowieka.

Może tajemnica tkwi w tym, że Kapuściński mówił o tym wprost („Autoportret” to zbiór wypowiedzi Kapuścińskiego wyjętych z wywiadów i spotkań), a Hatzfeld problem podaje czytelnikowi w zawoalowanej, powieściowej formie?

 

IV

Jest też wątek w „Linii zanurzenia” dużo ciekawszy. Oto w spokojnym, sielankowym wręcz Paryżu, w towarzystwie intelektualnych elit, redaktorów opiniotwórczych pism, artystów i wydawców wśród których obraca się Frederic, wciąż brzmią echa zbrojnych konfliktów z całego świata. Bohater „Linii zanurzenia” spotyka m.in. w taksówce – kierowcę z Timoru Wschodniego, w parku – imprezowiczów z Armenii, w jednej knajpie – barmana który uciekł z Indii, bo groziła mu służba w jednostce w Kaszmirze, w innej – stałych bywalców – emigrantów z Bośni.

Wszystkich ich z ojczyzn wygnało to samo.

 

W redakcji Frederic nieustannie otrzymuje informacje, że w którymś z miejsc na Ziemi „znów się zaczyna”.

Tak oto świat, widziany z punktu widzenia sytego Europejczyka jako spokojny i dostatni, jawi się w książce Hatzfelda, jako miejsce – umówmy się – dość parszywe.

Najgorsze, gdy sobie zdamy sprawę, że autor „Linii zanurzenia” może mieć rację.

 

V

Jednak fragmenty – a jest ich wcale nie tak mało – książki Hatzfelda są naprawdę świetne. To retrospekcje głównego bohatera – wspomnienia wojen, które opisywał.

Reportażowe miniatury wplecione w powieść.

Skondensowana rzeczywistość, bohaterowie z krwi i kości.

Życie. Emocje.

 

Dlatego właśnie z chęcią sięgnę po „Strategię antylop”. Bo mam nadzieję, że znajdę w niej więcej znakomitego literackiego reportażu niż słabo napisanej powieści.

 

Podziel się na:
  • Digg
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Bebo
  • Blip
  • Blogger.com
  • Flaker
  • Gadu-Gadu Live
  • Gwar
  • LinkedIn
  • Twitter
  • Śledzik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *